KAZIMIERZ PRZERWA-TETMAJER



*** (Ciche, mistyczne Tatry)   Ciemnosmreczyński las   Ciemnosmreczyński staw   Morskie Oko   Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym   Pierwszego czerwca w górach   Pod Rysami   Przy Morskim Oku   W Tatrach   Widok ze Świnicy do Doliny Wierchcichej   Z Kasprowskiego Wierchu   Limba   Pozdrowienie


*** (Ciche, mistyczne Tatry)

Ciche, mistyczne Tatry, owe wieczne głusze
zimowych, śnieżnych pustyń, owe zapadliska
niedostępne wśród złomów, gdzie jeden się wciska
mrok i gdzie wicher końcem swych skrzydeł uderza
z głuchym jękiem, jak końskie na polu kopyto,
uderzające w zbroję martwego rycerza:
ty, pustko, w siebie wołasz błędną ludzką duszę...

Ty, pustko nieskalana, kędy myśl człowieka
w dumną, zimną samotność wolno się odwleka,
jak lew ranny w pieczarę zapadłą i skrytą;
ty, pustko nieskalana, gdzie się dusza rzuca
zmęczona i ponura, by z krwi ochłodzić płuca,
oczy myć z kurzu, ręce ogartywać z błota...

O Tatry! Jakże drogą jest wasza martwota!
ten chram, kędy ofiarę niezmiernemu Bogu
odprawia wiatr u skały lodowej ołtarza,
a tej mszy słucha turni zwieszonych milczący
tłum i białego lasu przepastna ciemnota
i kędyś uczepiony na szczytowym rogu
blask wschodzącego słońca, co lody rozżarza,
na kształt lampy ofiarnej, u stropu wiszącej...

A kiedy się gwiazdami zaświecą przestrzenie
wiekuistego nieba i nieprzeniknione
zejdzie na ziemię nocy zimowej milczenie:
wówczas mi się wydaje, że już lat tysiące
ubiegły, że już życie dawno pogrzebione
i że jest to dusz ludzkich, dawno nie pamiętnych
dusz do szału zuchwałych, do szaleństwa smętnych,
uroczysko grobowe, senne i milczące.

-------------------------------------------

Ciemnosmreczyński las

To jest mój najpiękniejszy sen...

Tam w pustce, ciemnych jezior głąb,
ciemnosmreczyński szumi las,
skał głuchych nad wodami zrąb,
uśpiony, wiekuisty Czas...

Od Ciemnych Smreczyn idzie szum
z niskiej doliny, z starych drzew,
i skał straszliwych cichy rum
owija w kołyszący śpiew...

Tam gdzieś spoczęło ciało me
w domku z granitu wytchnąć raz...
Kolebę mi tam zbudowali,
której cios żaden nie rozwali,
i to jest dom mój, własny, mój !

Ciemnosmreczyński szumi las -
o lesie ! Lesie mój...

W cichą, miesięczną, jasną noc,
gdy lotnych, ledwo widnych chmur
srebrni się w głębi nieba rój,
wysoko kędyś, w bezdni, hen:
tam, pod skał osrebrzony mur,
patrząc się w czarny w dole staw,
wśród szeleszczących z wiatrem traw,
duch mój spoczywa, patrzy się -

To jest mój najpiękniejszy sen...

Muzyka, gęśle grają mi -
jedna z tych starych, dawnych nut
w jesiennej usłyszana mgle,
we watry zadzwoniona błysku,
zakołysana w głuszy grót,
jedna z tych starych, dawnych nut,
starym się bacom śniąca w śnisku,
przychodzi mi w pustyni grać...

Hej, grajże mi ty niewidzialna
gęśli powietrzna ! Graj mi graj !
Już my to więcej pełni sił
nie staniem nogą na urwisku,
aby w nas halny wicher bił,
a nie mógł do przepaści zwiać !
Już my to więcej młodej dziewki
w pachnący nie zawiedziem gaj,
nie rozerwiemy jej koszuli
na piersiach białych jako kwiat,
nie rozerwiemy jej koszuli,
aż nas, jak ogień drwa, przytuli,
aż nam zamroczy cały świat...
Już my nie rzucim w echo śpiewki,
od której ze skał lecą skry -

hej ! Stary baco ! Minął świat,
kajsi tak wszystko gna, jak mgły...

Grajże mi, graj, ty wędrujący
powietrzem grajku w noc miesięczną !...
Kędyś jest ? Czy cię tak wiozą
mgły srebrne, tak jak na wesele ?
Czy cię wiatr niesie górą rwący
jak pióro z orła, co szeleści,
lub jak bukową gałęź dźwięczną ?
Czyliś przy jakim archaniele
kęsi siadł w turniach jak w kościele
i pod olbrzymich skrzydeł grozą
zamierzchłe brzęczysz Mu powieści ?...

Ciemnosmreczyński stary las !
las ukochany, o las mój !
Tam rzeka, tocząc się przez głaz,
jęczy i wyje, i zawodzi -
tam śpiewająca cisza chodzi
samotna, piękna pośród drzew,
w deszczowy szklany patrzy zdrój,
trąca z konarów zwisłe mchy,
i wielkie, złote pajęczyny,
tam żółte kwiaty wśród wikliny
patrzą jak zadumane oczy,
tam senna paproć w gąszczu drży,
rudych się szczawiów chwiele krzew
i z ciemnych smreków, jako krew,
świeci czerwony krzak maliny.

O niewidzialny grajku, graj,
graj starodawną nutę Tatr,
co się nocami jeszcze włóczy
po pustkach opuszczonych hal
i starym bacom w uchu dzwoni,
gdy śpią przy smolnym dymie z wart -
i śni im się, że znowu w dłoni
śmiga im ciupag twarda stal...

graj, co nie wróci nigdy już...

Ciemnosmreczyński stary borze !
tam, ponad tobą jest mój dom.
Tam, we chmur utopiona morze,
w odmęt jesiennych, wietrznych burz:
dusza się moja pnie pod złom,
dusza się moja z źlebach kryje,
po stromych zboczach urwisk pełza,
po śliskich, strasznych turniach kiełza
i patrzy w przepaść, w otchłań, w dół,
w ciche głębiny czarnych wód...

Jesienny, mroźny wicher wyje -
jedna z tych starych, dawnych nut
płynie powietrzem z wichrem współ,

płynie, skrzydłami o las bije...

To jest mej duszy krewny śpiew,
pieśń, z potraconych w pustkach drzew.
z wierchowców, co się w chmurach strzępią,
z czarnych, głębokich, zimnych wód -

pieśń piersią wyśpiewana sępią,
bezdennej samotności śpiew...

Ciemnosmreczyński stary lesie,
już cię śniegowy obległ szron:
szumże z zawieją, kołyszże się
jak wielki, dźwięczny, srebrny dzwon.

-------------------------------------------

Ciemnosmreczyński staw

W kotlinie, wśród kamieni
i pordzewiałych traw,
w posępny blask się mieni
ciemny i cichy staw.

Nad nim się piętrzą zwały
nagich, skrzesanych ścian,
mech pnie się osiwiały,
i kosodrzewu łan.

Niezmierna martwa głusza
zaległa skał tych kąt:
przeciągła pieśń pastusza
nigdy nie zabrzmi stąd.

Czasem się wiatr w kominie
z skalnych przetacza wrót,
po kosodrzewie płynie
i mąci ciszę wód.

Czasem się złom rozkrusza
od ryku wściekłych burz -
zresztą niezmierna głusza,
martwota pustych mórz.

Gdym się raz patrzał z góry,
błądząc po wierchach sam,
w kotliny głąb ponurej:
ujrzałem marę tam.

Z dłońmi załamanemi
u skalnych legła stóp
i kryła twarz ku ziemi,
smutna jak śmierć i grób.

Nie wiem, czy w to bezdroże
upiory schodzą śnić ?
Czy czyja dusza może
swój ból tu przyszła kryć ?...

-------------------------------------------

Morskie Oko

Pogodne, ciche jak duch, co tonąc w marzeniu
leci w sfery - spokojne, burzliwe ominie:
lśni jezioro zamknięte w granitów kotlinie,
jak błyszczący dyjament w stalowym pierścieniu.

Słońce nad obłokami po nieba sklepieniu
jak orzeł nad żurawi lotnym stadem płynie:
granity się malują w przejrzystej głębinie.
niby obraz przeszłości odbity w wspomnieniu.

Widziałem to jezioro, gdy po nieba sklepie
wicher gnał czarne chmury, wyjąc w skalnej głuszy,
podobny lwu, co ściga bawoły po stepie:

skrami spod kopyt błyski z chmur wylatywały,
grzmot zdał się rykiem. Woda bijąca o skały
była jak duch, co więzy targa, a nie kruszy.

-------------------------------------------

Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym

Cicho, cicho, nie budźmy śpiącej wody w kotlinie,
lekko z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie...
Okręcajmy się wstęgą naokoło księżyca,
co nam ciała przezrocze tęczą blasków nasyca,
i wchłaniajmy potoków szmer, co toną w jeziorze,
i limb szumy powiewne, i w smrekowym szept borze,
pijmy kwiatów woń rzeźwą, co na zboczach gór kwitną,
dźwięczne, barwne i wonne, w głąb wzlatujmy błękitną.

Cicho, cicho, nie budźmy śpiącej wody w kotlinie,
lekko z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie...
Oto gwiazdę, co spada, lećmy chwycić w ramiona,
lećmy, lećmy ją żegnać, zanim spadnie i skona,
puchem mlecza się bawmy i ćmy błoną przezroczą,
i sów pierzem puszystym, co w powietrzu krąg toczą,
nietoperza ścigajmy, co po cichu tak leci
jak my same, i w nikłe oplątajmy go sieci,
z szczytu na szczyt przerzućmy się jak mosty wiszące,
gwiazd promienie przybiją do skał mostów tych końce,
a wiatr na nich na chwilę uciszony odpocznie,
nim je zerwie i w pląsy znów pogoni nas skocznie...

-------------------------------------------

Pierwszego czerwca w górach

Tuż nęcą mię me rodne góry,
Góralki nęci dziki śpiew !
Nęcą mię baśnie cudotwory
wyzierające z popod drzew...

Już w kosodrzewie wiatr szeleści,
żywica pachnie, słońce mży,
i wabi jakiś czar niewieści
bujne, pachnące przyleć mchy,..

Pachnie las, pachną zioła, trawy,
i śniegu biało-złoty płat,
i szafirowo-błękitnawy
goryczki kwiat i cały świat !

I każdej dziewki tam spotkanej
łono ma malinową woń -
i rwie do niepohamowanej
rozkoszy świeżych gęstwin toń...

Już się kozice gżą na grani,
kozłowiec żółty zakwitł już,
i we mgle błyszczy na otchłani
tęcza i słońca złoty kurz.

I już na stawów ciemnej zmroczy
srebrno-zielony pęka lód,
i ich niebieskie, senne oczy
nęcą do siebie, nęcą w spód...

-------------------------------------------

Pod Rysami

Ciemno. W powietrzu wilgoć. W Rysach potok huczy
staw uderza o brzegi, bulgota i pluszcze;
wiatr błądzi przez nadwodne, puste, głuche puszcze
i gwiżdżąc po upłazach i turniach się włóczy.

W ciemni blask czasem zalśni metaliczny, kruczy
na wodzie, którą lekki wiatr marszczy i muszcze;
zaczernią się na brzegu kosodrzewu kuszcze
lub skała się w cień blady, posępny obłóczy.

Ciemno - wtem gdzieś w przepastnej nieprzejrzanej dali
zabłysło - czy to spadła na brzegi odmętu
gwiazda o promienistym blasku dyjamentu ?

Już błysła druga, trzecia, już dziesięć się pali -
rzekłbyś, że się gwiazdami podnóże gór złoci -
a księżyc wyszedł mgławo w powietrznej wilgoci.

-------------------------------------------

Przy Morskim Oku

Ty martwa wodo wśród nocnej ciemnoty !
Jak ja ci twojej zazdroszczę martwoty !
Gdyby te wszystkie góry do twej fali
razem runęły: jeszcze ciężar ich
byłby mniej straszny niż ten, co się wali
na pierś człowieczą, ciężar przeczuć złych.

Huczą nad tobą burze, martwa wodo,
płomienną strzałą gromy toń twą bodą,
ale najdziksza górska nawałnica
tak nie zatarga twoich głuchych fal,
jak duszę targa daremna tęsknica
i żal, bezbrzeżny, beznadziejny żal.

Ku głębiom twoim, martwa wodo, ścieka
wiecznie szumiąca z urwisk stromych rzeka
nigdy się szum ten posępny nie zgłuszy,
nigdy, aż zwali się granitu zrąb -
tak wiecznie szumi smutek w mojej duszy,
pełnymi płynąc nurtami w jej głąb.

-------------------------------------------

W Tatrach

Tam, w moim kącie ziemi, kwitną teraz kwiaty,
kwitną kwiaty wiosenne, młode, bujne, świeże,
las jasne słońce z nieba w głębię swoją bierze
i szumi - szumem pieśni jak anioł skrzydlaty !

Las drogi, święty, ciemny... Gdy się dźwiga z rana
nad polaną mgła wschodnia śnieżysto-różana:
jelenie we mgle stając wznoszą w górę głowy
i ogromne poroża, oszronione rosą,
i senne świetlne głowy na polanę niosą
z lasu, gdzie szumi święty, wonny hymn wschodowy.

Święta, przeczysta Pustka, we mgłach kołysana,
rozpościera ramiona, błogosławiąc ziemi,
a kwiaty wiosny pachną i liśćmi białemi
świecą na trawie, jako na głębinie piana.

Święta, przeczysta Pustka, w której się kolebie,
co jest najszlachetniejsze na ziemi i niebie:
Piękno w całym swym czarze i całej potędze -
Ono, które być może dla duszy człowieka
wiarą, miłością, szczęściem, a jak Chrystus czeka,
by szedł ku niemu przez brud swój, przez ból swój, przez nędze.

Ono, które nań czeka, ciche i cierpliwe,
wierne i niezawodne... I oto ów mrący,
ów trup, przez swoje nędze, ból i brud idący,
uczuwa, że mu w piersi bije serce żywe.

I z krzykiem: ave ! ave ! modli się w zachwycie;
Bądź pozdrowion, napoju, który wracasz życie !
Bądź pozdrowiona, karmi, która żywisz ducha !...
I wiosnę w sobie czuję młodą - a dokoła
pachnie kosodrzewina i wonieją zioła,
i szumi las lub pustki nieskończonej słucha.
Do wielkiego kościoła modlić się przychodzę -
mówi znużona dusza ziemskiego nędzarza -
niechaj mmie obezwładnia, niechaj upokarza,
wiem, że mi anioł z mieczem nie stanie na drodze.

Widzę wokoło Bezmiar, lecz nie jestem w trwodze;
czuję się w ręku Potęg, nie w ręku Mocarza;
nic mię Niepojętego sobą nie przeraża;
wiem, że na mnie nie patrzy - nikt mściwie i srodze.

Jestem - czym jestem. Widzę - nie wątpię. Dokoła
spokój Miłości, łaski niech tu nikt nie woła,
ratunku, zmiłowania niech tu nikt nie wzywa.

Nie przychodzę tu jęczeć: jestem nieszczęśliwa !
pomocy ni litości warga ma nie żąda -
przychodzę się nauczyć jak spokój wygląda.
Przyszłam tu: za się nawet nie zwracając głowy,
bez jednego wspomnienia, bez jednej tęsknoty;
wszystko rzuciłam od się - a z mojej roboty
lśni za mną tylko długi szlak krwi purpurowy.

Przyszłam tu - a duch ziemi o twarzy surowej
patrzy we wnętrze moje, jak w głąb ciemnej groty;
wzrok jego jest jak płomień - i w wnętrzu ciemnoty
poczyna tleć od niego nikły blask ogniowy.

Iskry, które tłumiła niegdyś krwi pożoga,
rozniecają się, płoną... Piękność bez nazwiska,
jak zorza powstająca nad łąkami błyska...

Każdy człowiek ma w duszy swojej swego Boga,
bożyszcze w głębi lasów, dalekie, nietknięte,
dziwiące myśl zbłąkaną ku niemu: że tak święte !...
Pójdźcie do nas wy, którzy w dolinach cierpicie -
mówią góry - wy wszyscy nędzni, słabi, cisi;
patrzcie: niebo nad wami śmiałe, wielkie wisi,
bujne, wielkie wystrzela dookoła życie.

Niech tęsknota się waszych serc uczepi... Marzcie
o czymś Niedoścignionym... Kto pożąda Boga,
ten już przebóstwia duszę... z serc mgła i szeżoga
niech zejdzie; serce czyste jak źródło ukażcie.

A wtenczas się wód jego odbije krysztale
i odśmiechnie z jasnego głębiny obrusa
światło, podobne temu, co z oczu Chrystusa
szło na ludzi, jak czyste i przejrzyste fale.
Opłyń mnie, ciemny lesie,
owiń mnie, dżdżysta mgło:
niech mi się w oczach niesie,
co było duszą mą.

Niech staną mi przed wzrokiem
rzeczy lecące z mgłą;
otul mnie, mgło, pomrokiem,
otocz mnie, lesie, ćmą.

Kochałem cię, Wyżyno,
kochałem cię, o Dal !...
kochałem obcość duszy
i dumny w pustkach żal...

Kochałem cię, o słońce,
na zimnych pustkach hal -
kochałem obcość duszy
i senny świata żal...

Kocham cię tak, o lesie,
i kocham tak swój śpiew:
że mógłbym wykląć z ciebie
anioła twoich drzew...

On, co się z szumem chwieje,
lub śpi w milczeniu drzew:
ze skrzydeł swoich sieje
wieczystej ciszy siew.

-------------------------------------------

Widok ze Świnicy do Doliny Wierchcichej

Taki tam spokój... Na gór zbocza
światła się zlewa mgła przezrocza,
na senną zieleń gór.

Szumiący z dala wśród kamieni
w słońcu się potok skrzy i mieni
w srebrnotęczowy sznur.

Ciemnozielony w mgle złocistej
wśród ciszy drzemie uroczystej
głuchy smrekowy las.

Na jasnych, bujnych traw pościeli
pod słońce się gdzieniegdzie bieli
w zieleni martwy głaz.

Na ścianie nagiej, szarej, stromej,
spiętrzone wkoło skał rozłomy
w świetlnych zasnęły mgłach.

Ponad doliną się rozwiesza
srebrzystoturkusowa cisza
nieba w słonecznych skrach.

Patrzę ze szczytu w dół: pode mną
przepaść rozwarła paszczę ciemną,
patrzę w dolinę, w dal:

i jakaś dziwna mnie pochwyca
bez brzegu i bez dna tęsknica,
niewysłowiony żal...

-------------------------------------------

Z Kasprowskiego Wierchu

Brązowozłotym liściem błyszczą się skorusze
głęboko w zagęstwionej Wierchcichej dolinie;
wkoło gładkich uboczy olbrzymie pustynie,
okryte przez pożółkłozłotej trawy plusze.

Wiatr. Huczą zamgławione nad wierchami głusze,
słońce ma blask ołowiu - wtem z południa płynie
biały, podarty obłok - rozwiał w chmur głębinie
olśniewających blasków pełne pióropusze.

W śnieżnomodro-ognistych barw fosfor się mieni,
pali się na powietrzu i jak szmat płomieni
wznosi się i zwisa wśród otchłani mglistej.

A od północy błękit krysztalno-przejrzysty,
cud błękitu ! W mgieł wpłynął sine fijolety
i objął w blask dalekich gór złociste grzbiety.

-------------------------------------------

Limba

Samotna limba szumi
na zboczu stromem,
u stóp jej czarna przepaść
zasłana złomem.

Wkoło się piętrzy granit
zimny, ponury,
ponad nią wicher ciemne
przegania chmury.

W krąg otoczona taką
pustką okrutną,
samotna limba szumi
bezdennie smutno...

-------------------------------------------

Pozdrowienie

Sponad wiślanych leci fal
wiosenny, chłodny wiatr,
leci ku mojej ziemi w dal,
ku śnieżnym szczytom Tatr.

Wichrze! Nad wzgórza, pola nieś
me pozdrowienie stąd,
rodzinną moją pozdrów wieś
i dunajcowy prąd.

Przydrożne wierzby, smreków las,
w ogródkach każdy kwiat
i wszystkie łąki pozdrów wraz,
i ludzi z wszystkich chat.

I do tych śnieżnych skał się zwróć,
ku stawom, halom gnaj,
i pozdrów mi po tysiąckroć
mój cały górski kraj...